Zastanawiam się czy wymyślanie koła na nowo ma sens. Ktoś napisał, że jeśli ma być ono bardziej okrągłe niż dotychczasowe to tak. Trudno odmówić sensu temu stwierdzeniu. Ja rozumiem je jako udoskonalanie istniejących rzeczy. Proces udoskonalania jest oczywiście dobry i potrzebny. Jednak podczas programowania „wymyślanie koła na nowo” nabiera czasem nowego, złowieszczego charakteru.
Większość problemów, z którymi się spotkałeś została już rozwiązana. Większość bibliotek, które opracowujesz po nocach została już napisana. Większość algorytmów, które wymyślasz w przypływie twórczego geniuszu już została opublikowana. Dlaczego więc nie korzystasz z tego bogactwa wiedzy?Napisałem „większość”, uwzględniając fakt, że „są na niebie i ziemi rzeczy, o których nie śniło się filozofom".
Jeśli Twoje, z pasją tworzone, autorskie rozwiązania mają charakter edukacyjny albo zwyczajnie robisz to dla własnej satysfakcji – tym lepiej dla Ciebie. Nauczysz się czegoś ciekawego i będziesz dobrze się bawić. Lecz jeśli pracujesz i zależy Ci na wydajności – korzystaj z dorobku innych. Pamiętaj, że ludzie po prostu kochają dzielić się swoją wiedzą i doświadczeniem. Gdyby było inaczej, nie mielibyśmy w internecie żadnej grupy dyskusyjnej.
Kłopot w tym, że większość uczelni kształcących programistów zniechęca do korzystania zewnętrznych bibliotek. No, bo po co używać JGAP w programie skoro można napisać algorytm genetyczny samemu? W ciągu pięciu lat takiej metodyki nauczania studenci nabierają dziwnych nawyków nieoptymalnej pracy, a potem przyjmując studentów do pracy musimy ich tego oduczać...ech...
agile
(41)
anti-patterns
(17)
architecture
(33)
books
(10)
buissness analysis
(1)
cases
(1)
code speaks 2u
(3)
communication
(1)
conferences
(13)
consulting
(1)
conversation patterns
(26)
customer collaboration
(14)
ddd
(5)
design patterns
(15)
desing
(1)
dialogi
(1)
dsl
(2)
effectiveness
(19)
embedded
(1)
events
(22)
gtp
(4)
info
(2)
infoq
(5)
kanban
(2)
lean
(2)
master
(1)
measuring
(1)
orm
(2)
pea
(2)
product humanisation
(1)
refactoring
(13)
requirements
(7)
retrospections
(1)
retrospective
(1)
scrum
(9)
scrumguide
(1)
sm
(1)
soft skills
(4)
software craftsmanship
(14)
tdd
(1)
team
(20)
time management
(3)
tutorial
(1)
uml
(1)
user stories
(1)
visions
(28)
Friday, July 18, 2008
Friday, July 11, 2008
Antywzorce w pracy programistów: The error is out there
Coraz częściej dochodzę do wniosku, że sposób pracy programistów nie został jeszcze całkowicie zbadany. Lawina, którą zapoczątkowali Gang of Four zbiera coraz większe żniwo. Zaczęliśmy od wzorców projektowych w tworzeniu kodu, dalej już popłynęło wzorce w projektowaniu stron www, wzorce J2EE (w innych technologiach pewnie też), wzorce integracyjne, wzorce, wzorce, wzorce...
Nie sposób zauważyć, że choć odkrywanie wzorców projektowych przebiega bardzo ekspansywnie, to jednak ogranicza się on tylko do jednej płaszczyzny: umiejętności technicznych. Nietrudno odgadnąć przyczynę tego stanu rzeczy, wszak pracujemy w konkretnej technologii, za pomocą konkretnych narzędzi i biegłość w praktyce jest gwarantem naszej atrakcyjności jako profesjonalisty w zawodzie.
Pracując z programistami w trakcie szkoleń, jako zewnętrzny konsultant, czy też jako członek zespołu, zauważam, że doskonalenie naszych umiejętności i poszukiwanie wzorców powinno odbywać się w co najmniej dwóch płaszczyznach. Pierwsza – wspomniane wcześniej umiejętności techniczne – rozwija się bardzo ekspansywnie. Druga – umiejętności nietechniczne (mniejsza teraz o nazwę) – trzeba przyznać, że trochę kuleje. Nie tak dawno pisałem o tego rodzaju umiejętnościach w artykule Metaprogramy w tworzeniu oprogramowania. Od tamtej chwili rosła we mnie chęć poszukiwania dobrych praktyk programistycznych na nietechnicznym poziomie. Owa chęć nabiera kształtu w niniejszym artykule. Postanowiłem sobie tropić wzorce w pracy programistów. Ponieważ łatwiej mi najpierw zdefiniować antywzorzec, to od nich właśnie zacznę. Będę wyróżniał postawy i schematy działania, które w moim odczuciu negatywnie wpływają na pracę programisty i jeśli to możliwe będę poszukiwał remedium.
Kilka postów wcześniej pisałem o postawie roboczo nazwanej Job Security, którą z cała pewnością można można nazwać antywzorcem. Teraz czas na drugi, który pozwoliłem sobie nazwać: The error is out there.
Niełatwo zapanować na tym schematem postępowania. Gdy poszukujemy przyczyny wadliwego działania kodu, niemal zawsze przyjmowane jest milczące założenie, że przyczyną błędu jest wadliwie działający framework, lub błąd w bibliotece, lub błąd w systemie, lub błąd współpracownika, lub działanie sił wyższych. Po kilku godzinach poszukiwań okazuje się jednak, że przyczyną zamieszania była literówka. Oczywiście wszystkie z uprzednio wymienionych błędów mogą się zdarzyć, lecz najczęściej wina leży po naszej stronie. Z jakiś powodów programiści odczuwają opór przed zaakceptowaniem faktu, że to oni mogą być przyczyną swoich niepowodzeń. A spróbuj takiemu programiście powiedzieć, że to on jest przyczyną błędu! Zdarzyło mi się parę razy narobić sobie w ten sposób wrogów, więc teraz jestem ostrożny w tego typu komentarzach.
Jak zatem sobie radzić w tego typu sytuacjach? Pytanie trzeba rozbić na dwie części. Po pierwsze, jak radzić sobie jeśli komuś pomagam oraz jak radzić sobie jeśli problem dotyczy mnie samego.
W pierwszym przypadku jest dużo prościej. Tak to już jest, że szybciej dostrzegamy czyjeś błędy niż nasze własne. Jeśli chcę komuś pomóc to unikam mówienia wprost o jego błędach – to zwyczajnie nie działa. Sprawdzają się za to niedyrektywne metafory, np. „Mój kolega też miał podobny problem i...”. Buduję krótką historyjkę o „moim koledze”, w której przekazuję wskazówki odnośnie możliwych rozwiązań. Metoda sprawdza się w 90% przypadków. Pozostałe 10% albo wymaga bardziej wyrafinowanych metod albo trafiliśmy na nieuleczalny przypadek.
Sprawy stają się bardziej skomplikowane, gdy chodzi o nas samych. Kluczem do sukcesu w tej materii jest rozwijanie umiejętności introspekcji. Wyjściowym ćwiczeniem może być tu przyjęcie założenia, że „przyczyna wadliwego działania aplikacji leży po mojej stronie”. Zdaję sobie sprawę, że reguła nie sprawdza się w 100% przypadków, ale w większości tak. Przyjęcie tego wstępnego założenia znacząco oszczędza czas. Dopiero po upewnieniu się, za pomocą możliwie obiektywnych kryteriów (warto poprosić kogoś o przeanalizowanie problemu) można przystąpić do oskarżania bibliotek i frameworków o spowodowanie kłopotów.
Friday, July 4, 2008
Iluzja O/RM
Gdy po raz pierwszy dałem się uwieść wspaniałemu konceptowi O/RM, Hibernate był w wersji 2 z kawałkiem, a o JPA nawet nie słyszałem.
Idea jest naprawdę wspaniała: raz mapujesz pomiędzy tabelami a obiektami, ba (!) nawet framework stworzy schemat bazy danych za ciebie, a potem już tylko pracujesz z obiektami - programista obiektowy swoją drogą, bazodanowiec swoją. Prawdziwy raj!
We wspomnianej wersji Hibernate'a pałętało się sporo plików xml, ale wspomagając się xdocletem można było jakoś przeżyć. Weszły anotacje i miało być jeszcze prościej, wspanialej - no, słowem obiektowa orgia.
Moim zdaniem wcale nie jest tak kolorowo. Po pierwsze dlatego, że nie możliwe jest zmapowanie O/R raz na zawsze. Baza danych wciąż o sobie przypomina. A to wyskoczy jakiś constraint i trzeba pogrzebać w bazie w poszukiwaniu przyczyn (a potem okazuje się, że to jakiś błąd mapowania:]), a to model obiektowy ulega refaktoringowi albo rozbudowie i znów należy wracać do bazy danych - wciąż wracamy do bazy danych stojąc okrakiem pomiędzy obiektami i relacjami.
Kolejną kwestią jest to, że cała idea O/RM skłania do zaniedbywania bazy danych (myślimy - nie jest moją rzeczą zajmować się bazą danych, jestem programistą obiektowym...). W związku z czym baza jest projektowana niechlujne lub (o zgrozo!) pozwala się frameworkom na zarządzanie schematem. Prowadzi to tak wielkiej kaszany w bazie danych, jak wielka kaszana tylko może być: każdy obiekt ma swoją tabele, istnieje wiele tabel zawierających po kilka wierszy ("a, bo mnie tak wyszło z mapowania..."), tabele z jedną kolumną są na porządku dziennym.
Do czego to prowadzi? Ano, bywa, że O/RM mają problem z wydajnością i czasem korzystnie jest wspomóc się jakimiś procedurami składowanymi i widokami. W takim momencie okazuje się, że praca ze schematem zarządzanym przez O/R M to gorzej niż czyściec dla duszy programisty.
W pewnym momencie rozwoju J(2)EE było paru ludzi (żeby nie wymieniać nazwisk), którzy pchnęli dalszy rozwój technologii w określonym kierunku. A społeczność za tym poszła, bo wizja była fajna. Aktualnie mam na myśli idę O/RM i całą resztę kryjąca się za wzorcem Domain Store. A przecież istnieją rozwiązania, które społeczności Javy zostały zignorowane, a które świetnie się sprawdzają w innych technologiach. Mówię rozwiązaniach, które warstwę danych organizują w okół bazy danych, a nie w okół modelu obiektowego, np: Oracle BC4J albo implementacja Active Record w Ruby on Rails
O faworyzowaniu pewnych rozwiązań świadczy choćby fakt, że do tej pory nie doczekaliśmy się popularnej i w pełni funkcjonalnej implementacji Active Record dla Javy. Myślę, że mogło by to wnieść wiele dobrego do aplikacji, które rozwijamy.
Idea jest naprawdę wspaniała: raz mapujesz pomiędzy tabelami a obiektami, ba (!) nawet framework stworzy schemat bazy danych za ciebie, a potem już tylko pracujesz z obiektami - programista obiektowy swoją drogą, bazodanowiec swoją. Prawdziwy raj!
We wspomnianej wersji Hibernate'a pałętało się sporo plików xml, ale wspomagając się xdocletem można było jakoś przeżyć. Weszły anotacje i miało być jeszcze prościej, wspanialej - no, słowem obiektowa orgia.
Moim zdaniem wcale nie jest tak kolorowo. Po pierwsze dlatego, że nie możliwe jest zmapowanie O/R raz na zawsze. Baza danych wciąż o sobie przypomina. A to wyskoczy jakiś constraint i trzeba pogrzebać w bazie w poszukiwaniu przyczyn (a potem okazuje się, że to jakiś błąd mapowania:]), a to model obiektowy ulega refaktoringowi albo rozbudowie i znów należy wracać do bazy danych - wciąż wracamy do bazy danych stojąc okrakiem pomiędzy obiektami i relacjami.
Kolejną kwestią jest to, że cała idea O/RM skłania do zaniedbywania bazy danych (myślimy - nie jest moją rzeczą zajmować się bazą danych, jestem programistą obiektowym...). W związku z czym baza jest projektowana niechlujne lub (o zgrozo!) pozwala się frameworkom na zarządzanie schematem. Prowadzi to tak wielkiej kaszany w bazie danych, jak wielka kaszana tylko może być: każdy obiekt ma swoją tabele, istnieje wiele tabel zawierających po kilka wierszy ("a, bo mnie tak wyszło z mapowania..."), tabele z jedną kolumną są na porządku dziennym.
Do czego to prowadzi? Ano, bywa, że O/RM mają problem z wydajnością i czasem korzystnie jest wspomóc się jakimiś procedurami składowanymi i widokami. W takim momencie okazuje się, że praca ze schematem zarządzanym przez O/R M to gorzej niż czyściec dla duszy programisty.
W pewnym momencie rozwoju J(2)EE było paru ludzi (żeby nie wymieniać nazwisk), którzy pchnęli dalszy rozwój technologii w określonym kierunku. A społeczność za tym poszła, bo wizja była fajna. Aktualnie mam na myśli idę O/RM i całą resztę kryjąca się za wzorcem Domain Store. A przecież istnieją rozwiązania, które społeczności Javy zostały zignorowane, a które świetnie się sprawdzają w innych technologiach. Mówię rozwiązaniach, które warstwę danych organizują w okół bazy danych, a nie w okół modelu obiektowego, np: Oracle BC4J albo implementacja Active Record w Ruby on Rails
O faworyzowaniu pewnych rozwiązań świadczy choćby fakt, że do tej pory nie doczekaliśmy się popularnej i w pełni funkcjonalnej implementacji Active Record dla Javy. Myślę, że mogło by to wnieść wiele dobrego do aplikacji, które rozwijamy.
Subscribe to:
Posts (Atom)